Inne

  FILM

Życie to film
każdy gra swoją główną rolę
scenariusz pisany na bieżąco
tworzysz dzieło
wszystko człowieku w Twoim ręku.

Laur jeden, drugi
ogrom braw
festiwal nieustannie trwa
film się nie kończy póki bije serce.

Lecz gdy ostatni kadr już zniknie
czy Bóg Oskara da?

  PRZED LUSTREM

Spoglądam w lustro i liczę zmarszczki,

w oczach szukam promienia nadziei.

Bruzdy na czole życiowej orki

i fiolet spod szklanych kul go gasi.

W odbiciu swoim próbuję czytać

stłoczone myśli zamknięte czaszką.

Lecz ono także zdaje się pytać:

Twoim jam jest, czy też twoją maską?

I sam już nie wiem, czy ja i ono

wzajem do siebie przynależymy.

Patrzymy w oczy prosto, chłodno

szukamy coś razem, coś gubimy.

KATALOG ŻYCIA

Poskładać życie swoje jak w regały
składa się książki w wielkiej bibliotece
W rzeczowym katalogu
zawrzeć alfabetycznie w działy
na A – ambicję
ból na – B
na C – ciekawość, chciwość, czułość oraz ciernie
– Czy cnotę też?
– Na pewno tak
lecz co weń wstawić?
Na D – coś będzie
E,F i
G – tu grzechu dział szeroko się rozpełznie
a winien temu będę sam
I pozostałym działom miejsce móc przydzielić
na każdą z liter, których jeszcze sznur 
Miłość na – M, na N – nienawiść
śmierć na – Ś, życie na – Ż
W każdym z działów móc ustawić
dzieł tylko tyle /albo aż/
ile Bóg ode mnie chce

  W DYBACH NA LUZIE

Złoto wesoło rdzewieje

Słońce po hiszpańsku wieje

Skarpetki pachną zielono

Lody najupalniej płoną

Kwadrat jest kulą, tylko złą

Najczystszy jest drewniany dzwon

Portier najlepiej nocą śpi

A zbiegiem lat ubywa dni

Miłość rodzi się z brzoskwini

Słoń jest córką mrówki mini

Komar śpiewa popielato

W grudniu bywa zawsze lato

A dwa i dwa lubi być pięć

Uwierz w to, jeśli masz chęć

– wolnym być

CZASEM TAK JEST…

Naiwny sen –

zerwać czasu pęta

Znów rzeczywistość kradnie marzenia

Potok zdarzeń

rwie życie na strzępy

Nowe nadzieje, nowe zwątpienia

Ciągle szybko,

czy czasu wystarczy?

Na miłość, na prawdę i jeszcze na gest

Wkrada się lęk,

choć wiek mój niestarczy

i wiarę mam, że wieczne życie jest!

***

Często uciekam od życia w sen

to znów od snu w życie uciekam

Raz chcę bliskości lub nie –

przy sobie drugiego człowieka

To z sobą wytrzymać nie mogę

bądź bronię dostępu do siebie

Albo wpadam przed Tobą w trwogę

chcę uciec i skryć się w Twym niebie

Nad uczuć splątaniem gdzieś w środku

by wiary parasol rozpostrzeć

Swój rozum zawieszam na kołku

chcę okiem zamkniętym Cię dostrzec

To w pysznych swych myślach natłoku

mam Boże nieomal Cię dosyć

Zostawiam Cię wtedy na boku

aż zgubię się w grzechu ciemności

Tak zmagam się z Tobą i sobą

wędrując niepewny przez życie

A kroki me często tak błądzą

że wołam do Ciebie, wręcz krzyczę:

Ty znak daj

uspokój

poprowadź

A, że wysłuchasz mnie mój Boże

marzę cichutko

Wierzę?

Wiem!

  NIM USNĘ

Jeszcze dopalę papierosa
herbaty mocny łyk dopiję
rozluźnię pasek od szlafroka
zęby i ciało swe obmyję.

Myśli poskładam jak w szufladzie
modlitwę wieczorną odmówię
spojrzę jak pająk spać się kładzie
i już w marzeniach się zanurzę.

Zbuduję z woli gmach wspaniały
co z hukiem runie znów o świcie
gdy rano wstanę szary, mały
wychodząc z łóżka wchodząc w życie.

***

Jak trudno przekroczyć próg

pokory

trzeba mi

wiary, nadziei i miłości

by

żyć

ZYGMUNTOWI F.

W podświadomości lochy
z kamerą jaźni schodzę
gdy rano snu odtwarzam film
aparat wspomnień
energią zasilany wyobraźni
rzuca na ekran kadr za kadrem
projekcja – tuż przed twarz

Rolom
co często tak na jawie gram
aktor bez maski
bezlitośnie zadaje kłam

Pierzchnął już dawno wschodu brzask
tępa żyletka
kropelka krwi
zaciąłem się kolejny raz

  MARYNISTYCZNA TĘSKNOTA LĄDOWEGO SZCZURA

Przestał ten pokój być naszym portem

nie ma Twych ramion falochronów

Na oceanie rozległym tapczanu

w falach wzburzonej pościeli

ciało moje – kuter bez busoli

w półśnie dryfuje do świtu

Radionadajnik ze skrzynki czaszki

beznadziejnie w eter wysyła SOS

  TAKA MYŚL

Nad kartką ręka z papierosem
dym w oczach szuka luków wentylacji
odbija się
o szklane kule
czyniąc je jeszcze bardziej szkliste

Myśl także, tak jak dym bezkształtny
chce wyrwać się z więzienia w celi czaszki
obłędu bliska
grzęźnie w szarym mule
nerwowej tkanki zbitej półkoliście

I chociaż daje napęd ręce z piórem
co sznurem liter jej trwałość ślubuje
nie bardzo wie
ku czemu wzbić się chce
to jednak tęskni, pragnie, czuje.

MY LUDŹMI ZWANI

Zakuci w kajdany egoizmu

w pogardzie dla serca i rozumu

jak ćmy lecące w płomień świecy,

gdzie czeka je śmierć

idziemy poprzez życie

wyniośli

dumni

nienawistni

i tylko czasem,

kiedy głowa stuknie o zbyt niski strop

lub noga potnie się o zbyt wysoki próg

przekonujemy się o istnieniu bólu.

  PRZED DOŻYNKAMI

Kiedy one będą?
Pytasz, lecz tak naprawdę nie chciałbyś wiedzieć

Lemiesze myśli uparcie
wyżynają bruzdy mózgowia
Ugór życia
nawożony wychowaniem i socjalizacją
ma przynieść plon –
dobro lub zło

Najwyżej kilkadziesiąt lat harówki
później dożynki

Na nie nie spóźni się nikt

Jakim rolnikiem byłeś?

Oceni to 
Pan
Gospodarz
Bóg

  PO 10 KWIETNIA 2010

Mam łóżko z widokiem
na Ciebie
Pokój z widokiem
na róże
Dom z widokiem
na błękit i zieleń

W kraju bez widoków
na prawdę

NIECH RADOŚĆ MA MAINSTREAM

Kupię sobie ładny

dla ochrony głowy

Lila albo czarny

beret moherowy

Będę paradował

szczególnie zaś w tłumie

Nie będę się chował

głowę nosił dumnie

Kupiłem!

Nowe przyjdą mody

które wnet przeminą

A mój beret nowy

pachnie naftaliną

KORCIPA (Czeremcha)

Serce

szepce me w czeremsze

chcę Cię

więcej, więcej

więcej

Więc dziś

rwałem je naprędce

weź je

weź mnie,

weź je, weź mnie

Pięknie

  WYBÓR

Życie to ciągłe czekanie

na przyjście, na wyjście, na świt

ciągłe wstawanie, spadanie

za Ciebie nie weźmie też nikt

– jak Chrystus – co krzyż wziął

za grzech mój i Twój –

drogi własnego wyboru –

do piekła bram, albo na szczyt

  Wiara moja

malutka i zwiewna niepewna i pewna wątła a pulchna wstydliwa, krzykliwa śmieszna i co zadziwia zła i zbuntowana trwała i załamana

pyszna więc grzeszna grzeczna więc niebezpieczna mądra wieczorna głupia poranna winna, niewinna taka, jak ja

wiaro

ocal mnie!

Przed Gromniczną

Znowu ze strychu zniosę pudełka –

domy dla bombek, gwiazdek, lampek.

Dzwonki, łańcuchy i świecidełka

przycichną, zwiną się i przygasną.

Folią dom szklony, w którym pospołu

na rok zasną: ludzie i zwierzęta.

Anioły i trzej królowie. Z nieba dołączy do nich Jezusik mały –

wielki Bóg-Człowiek w jednej osobie.

A za rok znowu, wedle tradycji, obudzi ich betlejemska gwiazda,

aby ożywili, tak dziecięce wciąż w nas, radość, wiarę i nadzieję,

że wszystko zło, co jest na tym świecie pokona i łzy cierpień osuszy –

Ktoś, kto zna i wie – dlaczego, po co, jaki sens w tym, co w życiu dzieje się!

                                     WIELKANOC z Covid-19

Człowieka współczesnego

pycha ucoronawała

Dziś tak zalęknionemu

zgina twarde kolana

      Przy stołach więcej miejsca

      mniej głośne rezurekcje

      Są jaja, żurek, mięsa

      to światowe rekolekcje

Nie dajmy się  owładnąć

żadnemu wirusowi

A widząc dziś grób pusty

zawierzmy Jezusowi

      Bo miłość wszystko może

      i śmierci zerwać pęta

      Trzeba tylko w pokorze

      o sobie nie pamiętać

Jak Chrystus wziąć w ramiona

cierpień krzyżową belkę

By w niej egoizm skonał

i pokój zalał serce

      Przejdzie świat przez pandemię

      za rok znów będą święta

     –  na długo ludzkie plemię

      tę lekcję zapamięta???


  C I E Ń

     Można powiedzieć, że ambicji nie brakowało mu nigdy. Zawsze pragnął osiągnąć coś więcej, zrobić coś dokładniej niż od niego wymagano, lepiej niż należało do jego obowiązków. Czuł zresztą wewnętrznie, że stać go na takie wezwania i przyznać trzeba, że nie poprzestawał tylko na chęciach. Zarówno jednak w domu, jak i w biurze, jak i w każdej innej sytuacji, zawsze wtedy, kiedy próbował rozwinąć swoje skrzydła, ktoś przygaszał lub coś dławiło jego zapał i nigdy nic z tego nie wychodziło. Żył tak już od wielu lat egzystując w poczuciu krzywdy ze strony otaczającego świata, z rzadka tylko jeszcze licząc na to, że nadejdzie dzień, kiedy nagle jego starania zostaną przez innych zauważone i docenione.

     Tego dnia Ernest stał na przystanku autobusowym, jak zwykle oczekując na swoją 128-kę, by udać się do biura. Poranne słońce przyjemnie świeciło mu w plecy rzucając ciemny cień przed jego niepozorną sylwetkę. Czasami ktoś z przechodniów, zapewne bezwiednie, deptał sylwetkę jego cienia spiesząc w tę lub tamtą stronę, nie zwracając uwagi bynajmniej na niego, a co dopiero na poświatę jego cienia. On zaś wpatrując się w zarys swego cienia pomyślał z uczuciem goryczy, że cień ten jest odbiciem takiej właśnie niepozornej, bladej i nic dla nikogo nieznaczącej jego egzystencji.

Przymknął na chwilę oczy i puszczając wodze marzeń i fantazji starał się sobie wyobrazić, jak cień ów rośnie, potężnieje, a z nim i on sam staje się prężny, silny, znaczący, doceniany w domu i w biurze, jak staje się kimś, kto obdarzany jest przez innych należną mu estymą, kto wzbudza w nich respekt, a wręcz staje się kimś z kim muszą się liczyć, na widok kogo się kurczą i bledną.

     Warkot podjeżdżającego autobusu do zatoczki przystanku, wyrwał go nagle z tego stanu. Otworzył oczy i poczuł nagły przypływ krwi do skroni. Oto rozpościerał się przed nim cień, właśnie taki, jaki przed momentem manił się w jego wyobraźni. Serce zakołatało gwałtowniej. W ustach poczuł pustynną suchość. Z lękiem, przez prawe ramię, odwrócił wolno głowę za siebie. Teraz, choć ranek był rześki – wrześniowy, na czole pojawiły się gwałtownie kropelki potu. Szaro rdzawy krawat jakby mocniej zacisnął się pętlą na szyi pod kołnierzykiem śnieżnobiałej koszuli. Język stał się dziwnie odrętwiały i nieposłuszny, gdy z wielkim trudem przyszło mu wymówić:

– Dzie…, dzień…,dzień dobry pa…, panie kierowniku.

D R Z W I

     Chociaż jego narodzinom nie towarzyszyły żadne znaki na niebie i ziemi, jak przed wiekami w Betlejem, to dla jego rodziców, którzy od kilku lat wcześniej bezskutecznie starali się o potomstwo, był niewątpliwym cudem. Imię Radosław otrzymał na chrzcie św. dla podkreślenia tej radości, jakiej swoim przyjściem na świat sprawił nie tylko zresztą rodzicom, ale i dziadkom, a także całej rozległej rodzinie. Silny, zdrowy, zrazu Radunio, później Raduś, Radek i Radosław, o reklamowej urodzie, w każdej fazie swojego życia, rozwijał się znakomicie, napawając słuszną dumą zapatrzoną weń rodzinę, budząc podziw, a nierzadko i zazdrość innych. Rezolutny w przedszkolu, prymus w szkole, lider w lokalnej drużynie hokejowej, a później akademickiej koszykówki, dusza towarzystwa wśród licznych znajomych i przyjaciół, wyróżniony absolwent wydziału prawa renomowanego uniwersytetu, wreszcie ceniony za kompetencje i doceniany na gruncie kariery zawodowej. Trzeba również dodać, że na każdym też etapie swojego rozwoju, czy to dziecka, młodzieńca, czy mężczyzny, był zawsze obiektem podziwu, westchnień, kokieterii, zachwytów, zauroczeń i porywów namiętnych uczuć, rozlicznych dziewcząt, panien i pań. Umiał cenić też tę ich adorację dla swej osoby i umiejętnie ją wykorzystywać. Robił to zarówno dla swoich ujawnianych i nieujawnianych celów, a jednocześnie bardzo często dla nieskrywanej przyjemności obu stron.  W ogóle zawsze radził sobie doskonale i to nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Potrafił zadrwić z każdego figla, jakiego próbowało mu nierzadko płatać przekorne życie. Jak to się dzisiaj mówi w rozmaitych kręgach – ogarniał wszystko!  Z nieustającym powodzeniem, mimo szybko postępującej złożoności wezwań i wynikających z nich komplikacji życiowych, dawał radę. W pracy z szefami i podwładnymi, w rodzinie ze zmienianymi trzykrotnie żonami, z dziećmi, a także kochankami. W Boże Narodzenie, np. zdarzało się, że potrafił ogrzać swoim wyjątkowym czarem i nasycić radością swojej obecności przy wigilijnym stole, kilka, – bo 5 lub nawet 6 osobno zgromadzonych konfiguracji biesiadników.  To natomiast, jak parokrotnie udało mu się wypić Noworoczny toast z dwoma, a raz nawet trzema damami, a jednocześnie bez utraty ich wiary w pierwszeństwo spełnianego z nimi szampańskiego toastu, pozostanie już nieodgadnioną tajemnicą radosnego Radosława.

   Teraz jednak sytuacja, w jakiej się znalazł przerastała wszystkie jego dotychczasowe doświadczenia. Stał oto przed dwojgiem drzwi z dylematem decyzji o wyjściu. Jedne z nich posiadały na sobie wyimaginowany przez Radosława napis: „Piekło z niebem”, drugie zaś: „Niebo z piekłem”, bo tak w rzeczywistości jawiła mu się konsekwencja mającego nastąpić przez niego wyboru. Ogarniała go niespotykana dotąd niepewność, wahanie, lęk, wręcz po raz pierwszy w życiu trwoga.

   Wreszcie, choć w końcu trudno to ustalić, czy drzwi jakie się otworzyły, rozwarły się przed nim same, czy też on sam gwałtownie ostatecznie pchnął ich skrzydło, to faktem jest, że przez nie wyszedł. Nie były to jednak drzwi te, przed, którymi stał chwilę wcześniej w rozkroku. Były to inne drzwi, przez które właśnie tyle, co wyszedł.

Wyszedł … z siebie!                                                                                                                                                                                                          

O K N O

      Była to stara, szara, pokryta liszajami odpadającego tynku, czynszowa kamienica. Pani Rozalia mieszkała w niej od przeszło siedemdziesięciu trzech lat na szóstym piętrze w mieszkaniu złożonym tylko z maleńkiego pokoiku i wyposażonej w kaflowy piec z fajerkami, w miarę przestronnej kuchni. Właściwie o każdej porze dnia, a także nierzadko i nocy, w łamanym na pół oknie można było dojrzeć jej skuloną i zastygłą w nieruchomości postać. Siedziała tam, więc zwykle jakby wklejona w okno i swymi szarymi oczyma patrzyła na toczące się życie zawarte w perspektywie okiennych ram. Już jako małe dziecko, choć z obecnych mieszkańców tej starej rudery nikt tego nie może pamiętać, płaszczyła swój nos na zimnej szybie i chłonęła oczyma toczące się w studni podwórka życie ludzi, psów, kotów, wygłodniałych szczurów, szarych wróbli i opasłych czarnych kawek.

Ostatnimi laty natomiast , już po śmierci swojego nieodżałowanego męża, długoletniego pracownika miejskich wodociągów, pani Rozalia łowiła okruchy życia sąsiadów z odgrywanych w teatrach mieszkań na scenach widocznych w oknach vis-a-vis jej okna. Również okna usytuowane pod kątem w stosunku do jej okiennej loży, chociaż utrudniało to nieco percepcję i rozgrywających się tam aktów, to jednak zawsze poszerzały możliwości repertuarowe, jakie miała do wyboru pani Rozalia prawie o każdej porze. Składała z tych okruchów cała swoją wiedzę o ludzkim szczęściu i nieszczęściu, radościach i smutkach, sukcesach i porażkach, przeżywanych przez ludzi komediach i tragediach, oraz ich szarej codzienności zwanej często po prostu prozą życia.

   Kiedy któregoś listopadowego dnia pani Rozalia skonstatowała, że o życiu wie już wszystko, że już wszystko widziała, postanowiła ujrzeć ze swojego okna jeszcze coś, czego dotąd nie widziała – śmierć.Tego dnia, mimo niemałych trudności spowodowanych posuwającą się jej starczą niezgrabnością, aby ją zobaczyć wychyliła się nieco mocniej poza parapet swojego okna…             

                                                                       W R Ó Ż K A

         Zatwierdzony przed końcem marca termin urlopu, przez niezmiernie pryncypialnego szefa oddziału banku, w którym pracowała Mariola, rozpoczynał się pojutrze. Ona zaś, jak to miało miejsce już od kilku lat rokrocznie, nie myślała z entuzjazmem o żadnym wyjeździe. Jako nastolatka i studentka schodziła już wszystkie pasma górskie w kraju, dwukrotnie była nad morzem. Zagranica ją nie ekscytowała. Pamięta jeszcze swoje rozczarowanie Lazurowym Wybrzeżem, które chyba po drugiej klasie liceum zaliczyła z rodzicami i młodszym bratem, jakiś wyjazd na Węgry z basenami, no i męczącą autokarową pielgrzymkę do Włoch z okresu jej zbliżenia do parafialnej „Oazy”. Od kiedy podjęła pracę właściwie każdy urlop spędzała tylko z laptopem albo książką, z wyjątkiem urlopu sprzed dwóch lat, kiedy to przeżyła go w liczniejszym gronie uczestników intensywnego kursu języka esperanto. Nie ekscytowały jej opowieści znajomych z pracy o roztańczonej Ibizie, morskich żółwiach i piramidach faraonów Egiptu, czy…, no może czasem Maroko, a to jedynie przez największy port Maghrebu, jakim jest tytułowa Casablanca filmu z Humphreyem Bogartem, który uruchamiał zawsze w niej romantyczny mit miłości, w który zresztą z upływem lat, przestawała stopniowo wierzyć, że może być i jej kiedyś udziałem. Tegorocznej wiosny Mariola ukończyła 36 lat, a dwanaście wcześniej Uniwersytet Ekonomiczny. Nie miała nałogów i narzucającej się urody, miała zaś ujmujący wdzięk i dokładnie 173 cm wzrostu, jak kultowy Humphrey B. Krył się w niej jakiś niedookreślony rodzaj smutku czy tajemnicy, kontrastujący jednocześnie z pełną odsłoną jej delikatnego uczuciowego ciepła, jakim emanowała w kontaktach z innymi. Justyna – jej najbliższa przyjaciółka –jednak w tym roku jej zadekretowała, że musi gdzieś koniecznie wyjechać na urlop. „Jedziesz na Mazury! Nie zamierzam patrzeć na ciebie jak się marnujesz dziewczyno.  Wiele razy byłam tam z Wojtkiem i dzieciakami, wierz mi są cudowne. Ty nigdy nie byłaś w krainie polskich jezior, a przecież lubisz wodę, świetnie pływasz ” – powiedziała stanowczo. Po czym dodała z serdecznym uśmiechem: „Zobaczysz – zakochasz się w Mazurach”. Mariola nie potrafiła, jak zwykle zresztą, odmówić przyjaciółce. Wieczorem bez entuzjazmu zabukowała niedrogi nawet, jak na tę porę sezonu pokój w pensjonacie nad jeziorem Dąbrowno, zatankowała swoje w kolorze „piasek pustyni” auto, wrzuciła jeszcze do walizki kilka książek, dwie mapy regionu i trochę życzliwych sobie ciuchów oraz kilka naprawdę jedynie niezbędnych kosmetyków. W rześki o świcie poranek wyjechała.  

          Mariola wróciła po dwóch tygodniach. Przyjaciółka miała do niej trochę żalu, że przez ten czas nie pisała i nie dzwoniła, ale nie zdołała go nawet okazać, bo Mariola z radością rzuciwszy się w jej objęcia całowała ją rozedrgana mówiąc:  

    „Justyś kochana, jesteś nie tylko przyjaciółką, ale i cudowną wróżką. Miałaś rację. Rzeczywiście zakochałam się w Mazurach. Jeden jest z Węgorzewa a drugi z Ostródy”.

    -„No to masz kłopot, ale damy radę. Skoro jestem wróżką” –z radosną dumą powiedziała Justyna.                                                                                                                                        

                                     

                                                              P R Y J A C I Ó Ł K I

       Były przyjaciółkami właściwie od zawsze. Zarówno Marika, jak i Ola nazywały siebie siostrami i z czasem nikogo to nawet nie dziwiło. Zawsze ze sobą, dla siebie i za sobą – w przedszkolu, szkole, na podwórku. Marika bardziej przebojowa, otwarta, Ola nieco wycofana, powściągliwa. Obie ładne, zgrabne, atrakcyjne, lecz to owa ujmująca swoista kokieteryjna ekspresyjność Mariki, przyciągała zwykle do niej więcej zalotnych spojrzeń i admiracyjnych zachowań chłopców, których adoracji, nie skrywając tego zresztą, zazdrościła jej serdecznie niekiedy Ola. Kiedy więc niespodziewanie kruczoczarny, przystojny i postawny, świeżo upieczony mgr inż. budowy dróg i mostów Marek, zakochał się w Oli, a co nie dziwiło nikogo, przy tym z jej zachłanną wzajemnością, było to jednak zdziwieniem dla wielu? Nie dziwił natomiast w tych okolicznościach już nikogo, szybki ślub obojga, zawarty zaraz tylko po obronie magisterki z ulubionej przez Olę, pedagogiki wczesnoszkolnej. Marika bardzo cieszyła się szczęściem przyjaciółki, choć sama nie czuła się jeszcze gotowa na trwały związek z mężczyzną. Toteż wspierała Olę, jak dotychczas we wszystkim czym żyła przyjaciółka, co było dla niej ważne, trudne, problemowe. Tym bardziej, kiedy Marek ujawnił się z tęsknotą, skrywaną niezbyt udolnie niekiedy za maska żartu, do narodzin oczekiwanego syna, którym obdaruje go ukochana żona. Zwłaszcza zaś, gdy wbrew ich pragnieniom pojawiły się tu nieoczekiwane kłopoty. Dodawała wówczas obojgu otuchy, jeździła z Olą po specjalistach, zapraszała na koncerty, wyciągała na spotkania i rozmaite imprezy, by jak twierdziła nie koncentrowali się nadmiernie na problemie, a „…jak będzie luzik, wszystko samo super się ułoży”. Wiele też podpowiadała i pomagała Oli w tym, aby w zaistniałej sytuacji podsycać atrakcyjność ich związku, nie tylko zresztą w ich małżeńskiej alkowie. Zachęcała do sprawiania Markowi małych niespodzianek, a to zakupem modnej koszuli, stylowego krawata, zmysłowej wody po golenie, seksy bokserek itp. Jej podpowiedzi w tym względzie okazywały się niezwykle trafiające w gust Maraka i sprawiały mu radość, za którą Ola była niezmiernie wdzięczna przyjaciółce. Problem potomka jednak pozostawał nabrzmiały i nierozwiązany, mimo wielu starań małżonków.

        Kariera Mariki po ukończeniu studiów z bankowości na Uniwersytecie Ekonomicznym rozwijała się znakomicie. Bez problemów znalazła pracę w międzynarodowym banku, szybko awansowała. Podczas jednego z finansowych szkoleń w Norwegii – jak opowiadała później Oli – wpadła w ramiona Steve‘a, atrakcyjnego Kanadyjczyka. Poza rozkoszą krótkotrwałej przygody ze Steve’em, nic jej nie łączyło, prócz  – jak się okazało ok. dwa miesiące po powrocie do kraju, rozwijającej się w niej ciąży, o której żonatego kanadyjskiego finansisty zresztą nawet nie poinformowała. Kiedy podczas drogiego badania USG lekarz poinformował Marikę o płci rozwijającego się dziecka, natychmiast podzieliła się swoim pomysłem z przyjaciółką. Przekonała też do niego Marka.  Dorodnego kruczoczarnego synka urodziła bez problemów o czasie. Po stosownych uzgodnieniach prawnych i spełnionych koniecznych procedurach, przy niemałym wsparciu zaprzyjaźnionych osób, użytych koneksjach oraz środkach, którymi świetnie posługiwała się Marika, Ola z Markiem stali się pełnoprawnymi adopcyjnymi rodzicami Stasia – „dziecka z chmur i miłości”, jak zwykła go nazywać często Marika.  

        Znowu wszyscy byli szczęśliwi. Staś rozwijał się wspaniale, Marika oddawała się już przede wszystkim zawodowej karierze, Marek budował kolejne kilometry autostrad, Ola czuła się spełnioną żoną i matką. Przyjaciółki – przyjaciółkami. Dzisiaj, dziewięć lat po tamtych wydarzeniach,  kiedy spoglądały na fotografię Stasia w pierwszokomunijnym garniturku z ozdobną świecą w dłoni, obie nie mogły się nadziwić bliźniaczemu podobieństwu do siebie najważniejszych obecnie mężczyzn w ich życiu. Bez słów przywarły nagle w swoich  ramionach trwając tak dobrą chwilę w uścisku, który rozerwał swoim wejście do pokoju z butelką wina i trzema kieliszkami Marek. Obie w uśmiechach, nieco spłoszone, ukradkiem otarły z oczu łzy.     

                                                                                                                    
                                                            S Y N   N I E M A R N O T R A W N Y

     Faustyna urodziła syna stosunkowo późno, bo w 12 lat po ślubie z Łukaszem, będąc już, jak to zwykł był mawiać jej kochający mąż, w 38 wiośnie życia. Długo nie mogli doczekać się swojego potomka, aż wreszcie natura, wspomagana zresztą kilkakrotnie przez in vitro, okazała się być łaskawa, i powiła zdrowe dziecię, chociaż z blisko miesięcznym wyprzedzeniem od planowanego według obliczeń lekarza porodu. Radość obojga rodziców była wielka, tym bardziej, że też dziadkowie, zwłaszcza ze strony Łukasza, nie posiadali się ze szczęścia, bo mając syna jedynaka doczekali się wreszcie wnuka. Rodzice Faustyny oczywiście też byli radzi, że z przyzwoleniem woli Bożej urodził się kolejny w rodzinie zdrowy potomek, chociaż bardzo tradycyjni w swoich zasadach, nigdy nie znajdowali w sobie zgody na wspomaganie praw natury w prokreacji. Ich radość nie była także nadmiernie ekspresyjna zapewne z powodu, że ich pozostała latorośl w liczbie 6, obdarowała ich już gromadką wnucząt. Pepi, bo tak wszyscy nazywali w rodzinie nowonarodzonego,  mimo że był wcześniakiem, szybko przybierał na wadze i rozwijał się znakomicie. Rzeczywiście na chrzcie św. otrzymał imię  Jan Paweł, na okoliczność cudownego błogosławieństwa świętego Jana Pawła II, jak zgodnie Faustyna i jej mama uważały, do którego to wstawiennictwa się uciekały  w ciągnącym się przez lata problemie. Pepi otoczony czułą i nieco rozpieszczającą go opieką matki i przy nieco wycofanym ojcu,  po zawłaszczeniu  serca Faustyny, jak odczuwał to Łukasz,  przez blisko ćwierć wieku praktycznie nie stwarzał rodzicom kłopotów. Był grzeczny, dobrze się uczył, dwa i pół roku temu zdobył dyplom inżyniera sieciowych systemów informatycznych, a wkrótce po wakacjach wyjechał do Liverpoolu, gdzie przy biegłej znajomości języka angielskiego i delikatnej protekcji dalekiego wuja, który osiadł na wyspach zaraz po upadku komuny w Polsce, znalazł świetnie płatną pracę w swoim zawodzie. Faustyna nie była oczywiście szczęśliwa z powodu rozłąki z Pepim, ale nie mogła i zresztą nie chciała otwarcie stawać na drodze pomysłom na spełnianie siebie w życiu przez jej syna. Często rozmawiali przez telefon, na wszystkie święta, na urlop i kiedy tylko mógł, zjeżdżał też Pepi do kraju.   Pocieszała się i marzyła, że może niebawem zakocha się w kimś szczęśliwie, a następnie obdaruje ją przynajmniej dwójką, trójką wnucząt, które staną się jej radością i chociaż w święta, ferie czy wakacje będzie je mogła tulić i rozpieszczać. Z pewnym niepokojem oczekiwała jakiegoś sygnału w tym względzie od syna. Wreszcie nie wytrzymała i przy okazji składanych Popiemu życzeń urodzinowych, zapytała go delikatnie: – „A jak u Ciebie sprawy sercowe synku?” „Byłem u kardiologa, robiłem tez EKG – wszystko ok.” – zażartował Pepi, – „A tak poważnie, to od pięciu miesięcy spotykam się z kimś i czuję mamo, że to miłość mojego życia”. Faustynie napłynęły łzy szczęścia do oczu. Chcąc zatuszować wzruszenie i nie dać poznać synowi, jak długo wyczekiwała na taką informację, skryła się za maską żartu i powiedziała: – „Nie mów mi tylko, że ma smagłą cerę i jest Hinduską albo Pakistanką, lub jest jeszcze ciemniejszą Boliwijką”. – „Nie, nie – zapewniam cię, że moja miłość pochodzi z całkiem polskiej, bardzo kulturalnej rodziny”. Po tej informacji,  może to nie aż kamień spadł z serca Faustyny, ale jej serce nieco zwolniło i ośmieliło do postawienia kolejnego pytania: „Czym się zajmuje ta twoja miłość?” Odpowiedział krótko: „Robi w branży kosmetycznej. Jestem szczęśliwy mamo”. Faustyna momentalnie wyobraziła sobie elegancką młodą damę, modnie ale nie wyzywająco umalowaną, z  zadbanymi starannie paznokciami. „Jak ma na imię to twoje szczęście i kiedy zawitacie w kraju?”- spytała. „Będziemy na Twoje imieniny, a imię ma na literkę wcześniejszą w alfabecie niż twoje. Nic więcej nie powiem. Całuję cię mamo”- popisał się zagadkowym żartem Pepi i rozłączył rozmowę. Faustyna natychmiast podzieliła się z Łukaszem, jakże radosną dla siebie nowiną, i gorączkowo zaczęła liczyć dni pozostałe do 5 października – dnia jej imienin, i zapełniać je marzeniami. Ewa, Edyta, Ewelina, to imię ostatnio zdaje się być w modzie, bo raczej nie Emilia czy Elżbieta. Estera – nie, przecież to „kulturalna, polska rodzina” – przebiegły jej przez myśl słowa syna. Eugienia, Emanuela – uśmiech przemknął po jej twarzy. A niech będzie choćby i Engelberta lub  Eulalia, byle mój Pepi był szczęśliwy.     Dzwonek do drzwi, serce Faustynie  podskoczyło nagle do gardła. Razem z Łukaszem pobiegli do drzwi. Ona je otworzyła  i zobaczyła rozpromienioną twarz Pepiego. „Mamo, tato – oto Edwin, to imię po jego dziadku – moja wielka miłość.

J U N A K

      Motoryzacją Witek interesował się od zawsze.  Kingą  od piętnastu miesięcy. Pamiętał to dokładnie, gdyż  poznał  ją akurat następnego dnia po sfinalizowaniu umowy z panią Ewą, dotyczącą zakupu starego motocykla marki Junak z roku 1962.  Motocykl był kiedyś dumą jej ojca. Od feralnej jednak nocy 24 czerwca sprzed 53 lat, kiedy ojciec pani Ewy  uległ na nim poważnemu wypadkowi, wszystko się zmieniło. W wyniku zderzenia się  z nieoświetloną furmanką doznał złamania kręgosłupa. Paraplegia – jak orzekli lekarze – sprawiła że,  stracił nie tylko zdolność do jakiegokolwiek ruchu obu kończyn dolnych,  ale też swoją miłość do maszyny. Od tego czasu, porozbijany Junak,  leżał porzucony w pomieszczeniu gospodarczym,  przy domu,  który pobudowali jeszcze kiedyś dziadkowie pani Ewy, a zamieszkiwanym przez jej tatę. Gdy  w zeszłym roku po jego śmierci, Witek po sąsiedzku pomagał jej w uporządkowaniu wystawionego na sprzedaż pustego już domostwa, odkrył pod stertą rozmaitych rupieci i kurzu, zapomniany obiekt potęgi motoryzacyjnej PRL-u.  Życia ojcu nie wrócę – pomyślała Ewa, ale kiedy zobaczyła roziskrzone oczy Witka na widok motocykla, którego ten rozmarzył się wskrzesić na powrót do życia,  nie wahała się ani chwili. W podzięce za pomoc w tak trudnych dla niej kilku ostatnich tygodniach, sprezentowała wrak Junaka Witkowi. Ten nie posiadał się ze szczęścia.

     Kinga w drugą niedzielę adwentową, razem z koleżankami ze wspólnoty oazowej, obsługiwała tłoczących się wiernych przed zaimprowizowanymi na placu przed kościołem O.O. Kapucynów straganami, z których rozprowadzały przygotowane  samodzielnie wypieki świątecznych ciasteczek. Chciały  w ten sposób wzmocnić budżet środków gromadzonych przez oazową młodzież na planowaną latem pielgrzymkę do Medjugore. Chętnych donatorów nie brakowało, bo przecież nie byli to kupujący w tradycyjnym rozumieniu. Świadomie „przepłacali” wartość „kupowanych” w ten sposób dwóch, trzech słodkości.  Wśród nich i Witek. W wybornym nastroju. Tym bardziej, że Kinga, o kruczoczarnych włosach, od razu zasłodziła jego serce nie tyle ciasteczkami, co malującym się na jej twarzy niegasnącym, o niebiańsko delikatnym, smaku mokate cappuccino uśmiechem.

Ich obopólne zauroczenie wybuchnęło gwałtownie i żarliwe. Tato Kingi, tak sceptyczny dotąd wobec wszelkich adoratorów jedynaczki, też bardzo szybko polubił nie tylko zapatrzonego w nią, ale autentycznie troskliwego na wielu polach o jego córkę młodego dżentelmena /m.in. kompetentnie i z zapałem pomagał jej przed maturą w matematyce i chemii, zawsze odprowadzał do domu, rwał się do kosiarki w ogrodzie, pomocy w zakupach czy większych porządkach w domu/. Witek w ogóle sprawił, że ich dom stał się teraz pełniejszy i radośniejszy,  spędzał w nim też coraz więcej czasu. Do wychowywanego jedynie przez matkę młodzieńca /ojciec Witka zmarł nagle na serce, kiedy ten miał zaledwie 9 lat/, zbliżyła  ich przede wszystkim pasja do motoryzacji /ojciec Kingi od lat pracował jak inżynier w firmie produkujące amortyzatory/. Kiedy więc korzystając z jego rozległego garażu i jeszcze bardziej rozległej wiedzy technicznej, Witek przy subtelnie okazywanej mu głównie doradczej pomocy, spędzał razem z nim nie mniej czasu, co z Kingą, przy ożywianiu martwego Junaka – stworzyli rychło relację taką, jak ojciec z synem. Cieszyło to wszystkich dookoła – od Kingi, po matkę Witka, która wiedziała jak brakowało mu solidnej męskiej relacji, aż po matkę Kingi, która z kolei wiedziała, jak jej mąż zawsze pragnął też syna, jakim po komplikacjach pierwszego porodu, nie mogła go obdarzyć. W największym szczęściu natomiast rozpływał się Witek widząc jak jego pupil Junak podnosi się z ziemi i nabiera rumieńców, a raczej blasków nowo chromowanych  i niklowanych detali, oraz błyszczących węglową czernią elementów blach i ożywa. Już nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie zaryczy z mocą czterosuwowy silnik, i w końcu kiedy dosiądzie w pełni zmartwychwstałego, stalowego rumaka i pomknie nim w dal na oczach jego sercu mu najbliższych.

      W niedzielę wielkanocną, już po rezurekcji i po wspólnym świątecznym śniadaniu, na które zaproszona była również mama Witka, wyszli wszyscy przed dom, a Witek wyprowadził lśniącą maszynę z garażu. Obie mamy obejmowały ramionami tulącą się między nimi szczęśliwą Kingę, ojciec stał dumnie przy bramie, którą otworzył. Witek w skórzanym kombinezonie, z zapiętym już kaskiem na głowie, jednym kopnięciem rozrusznika odpalił moc 17 KM. Podobnie, jak rycerz przyłbicę, zasunął na twarz chroniącą oczy zasłonę, błysnął jeszcze w uśmiechu garniturem białych zębów i wyjechał z posesji na ulicę. Nagle uwerturę graną silnikiem  zdławił huk. Wszyscy wybiegli na ulicę. Zastygli. Junak zgnieciony pod roztrzaskaną maską wielkiej furgonetki, z obracającym się coraz wolniej przednim kołem, czym jeszcze  jedynie zdradzał ostatnie oznaki wcześniejszego życia.  Witek zgnieciony pod roztrzaskanym motocyklem, leżał kamieniście nieruchomo. Jedyną oznaką jego tak młodej witalności, była krew obficie płynąca spod popękanego kasku, której strumień tuż przy ustach Witka, jakby uśmiechniętych,  łączył się w jeden nurt ze strumieniem oleju i paliwa sączącego się z pokiereszowanych wnętrzności maszyny.

Później byli gapie, pogotowie, policja, straż…. Ojciec objął  zastygłe obok niego trzy kobiety…, tulił je czule…, a po chwili rzekł: – chodźmy poczytać Księgę Hioba.    

                                                                                                                      

                                                                 INVERSIO

       Od naciśnięcia dzwonka do otwarcia drzwi przez gospodarza, Oksana doliczyła, jak zwykła to w takich razach zawsze czynić, tym razem do siedmiu. Profesor Andrzej Ł. otworzył jej w pomiętej, bordowej bonżurce. „Porządki to moja specjalność” – błysnęła półksiężycem białych zębów. „Jestem Oksana z Cleaning Service “Друзба” /Drużba/- pisane głagolicą”. Jej zgrabna sylwetka, długie nogi w żółtych szortach, biała bluzeczka z ludowym haftem i niedbale zapiętymi guziczkami na dojrzałych owocach jej kobiecości, piękne blond włosy upięte w fantazyjną palmę i nieco „kozacki”, by nie określić go, jako bezczelny – uśmiech, wprowadził profesora w małą konfuzję. Jakkolwiek sam ledwie wczoraj dał ogłoszenie, że poszukuje pani do sprzątania w swoim domu, to nie spodziewał się tak szybkiego odzewu, i co tu dużo mówić, w postaci tak pięknego, jak Oksana zjawiska. Profesor należał do ludzi wyjątkowo uporządkowanych, jeśli chodzi o jego pracę zawodową, z jednoczesnym niebywałym bałaganiarstwem domowym. Zawsze na czas z wykładami do studentów. Dopieszczone pod każdym względem teksty publikacji naukowych składane w odpowiednim terminie do recenzji i wydawnictw.  Nigdy niezawodzący merytorycznością, kulturą i elegancją swoich wystąpień na naukowych sympozjach i konferencjach. Rzetelny, pracowity i zorganizowany w kilku gremiach eksperckich i towarzyskich. Firany i zasłony natomiast były w pralni chyba przeszło dwa lata temu. Pralkę nastawiał, kiedy rzeczywiście brakowało mu już w szafach czystych koszul i bielizny. Choinkę bożenarodzeniową nieraz wynosił na śmietnik pod osłoną zmroku tuż przed Wielkanocą. Kubeł ze śmieciami nierzadko sam wychodził z domu. Takim właśnie był czterdziestoczteroletni profesor. Żył sam w ponad już stuletnim domu, który okazyjnie nabył siedemnaście lat temu – atrakcyjnym przede wszystkim z powodu jego bliskiej lokalizacji od Instytutu Komparastyki, na Uniwersytecie gdzie pracował. Poza licealną miłością oraz krótkiego romansu z lektorką języka łacińskiego w trakcie studiów, rzec można, że kobiety w jego życiu nie istniały. Podobnie jak ojciec psychoanalizy Freud, który poniechał współżycia seksualnego ze swą żoną Martą, kiedy ta powiła mu już piątkę dzieci, pochłonięty pracą naukową, sublimował w niej już od lat masywnie i kompulsywnie nawet swoją popędowość. Wspomniana wcześniej konfuzja luminarza nauki na widok promiennej Oksany w drzwiach jego domu o poranku, uczynniła się w nim odmrożeniem męskości, której nagła fala naparła nań i uniosła przypływem nie tylko jego serce. Świeża, jak rosa o brzasku, dwudziestosiedmioletnia Ukrainka zawładnęła statecznym profesorkiem na całego. W jego domu zapanował niespotykany dotąd Lear, a w głowie i sercu zamęt. Rychło też nauka straciła wybitnego naukowca, zaś Ksenia – jak spolszczył jej imię Andrzej, zyskała w nim kochającego męża, a wkrótce po dwóch tylko ciążach, także i ojca dla ich trójki dzieci.  On zarzuciwszy pracę naukową, stał się niebawem poczytnym autorem literatury dla pań, ona jego muzą, ale też i wierną admiratorką. Inwersja, jaka dokonała się w życiu Andrzeja od spotkania z Oksaną, jest historią słodką i poza szczegółami różnicującymi jej rozmaite edycje, dość powszechnie znaną. Szkoda tylko niestety, że … w realu, wcale bądź rzadko spotykaną.

                                                                                                                     Kg

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       

Opis: Znalezione obrazy dla zapytania junak stary rok produkcji dane tech.